Normalnie piątek jest najbardzeij wyczekiwanym dniem. Ostatni dzień pracy, wolne, odpoczynek. Dla mnie piatki są zazwyczaj najcięższe. Po calym tygodniu ze Smoczycą padam. Dziś wyjątkowo. Bolą mnie plecy i ogólnie jestem rozbita.
Przeczytałam, cytowaną wpis niżej, notkę list matki do jej wcześniejszego wcielenia. Normalnie wonder woman może mi składać glębokie ukłony. Nie dość, że coziennie odwalam pranie - jedno pranie, składanie to gotuję obiad, robię zakupy, sprzątam.
Gotuję obiadki dzicku, bo słoiczki coś nie bardzo nam idą, sadzam na nocnik, przewijam, zabawiam, nosze, karmię - no ale to powiedzmy, że się ni liczy, bo to główna czynnośc dnia.
Do tego usiłuję pracować, ostatnio idzie mi to bardzo źle. Codziennie obiecuję, że jak Laura pójdzie spać, to siąde do przygotowania zajęć i codziennie po wieczorny usypianiu mój mózg się odłącza. Przynajmniej przestałam sama zwalać się do łóżka niczym kłoda. Może wkrótce mózg też podziała dłużej?
Mało mnie więc cieszy wizja weekendu, bo w końcu T. przejmie dziecko, a ja? A ja do pracy….
Spodnie wszystkie ze mnie spadają. Powinnam sie wybrać na zakupy, ale jakoś nie mam juz na to siły. Mało cieszy przymierzanie ubranek, jak ma się nad głową wiszące obowiązki. Wiszą i pokrzykują: “do roboty”.
Dobrze tylko, że są chusty, nosidła i młoda właśnie sobie na mnie śpi. Choć w sumie jakby spała w łóżku, czy wózku to pewnie plecy by mnie mniej bolały :P
Acha, ogolnie to nie narzekam, bo jedyna nie jestem w takeij sytuacji przecież. Tylko, że dziś jakoś wyraźnie czuję, że wysiadlam. No po prostu.