Na moje uroczyste drugie obchodzenie 30 tych urodzin (pierwsze wyszło słabo, bo miałam mdłości, więc uznałam, że go nie było ;) )dostałam, między innymi, taki magnesik na lodówkę.
Patrzę na niego i zastanawiam się dziś - ale serio?
Co ja robię? Latam za raczkującym niszczycielem, gotuję obiadki, zamiast wziąć ze słoiczka, używam wielorazowych pieluch i od ponad miesiąca wysadzam dziecia na nocnik (nie trzeba czyścić pupy) i jeszcze karmie piersią. I choć są momenty kiedy jest dramatycznie źle, padam na ryj (łagodniej się nie da), to kurcze - faktycznie - I CAN DO IT. I co więcej, nie czuję się z tym wszystkim źle. Bycie z dzieckiem w domu to sinusoida zmęczenia, energii, ale zauważyłam, że choć cieszę się z powrotu do pracy, to jednak z powodu pracy częściej jest mi źle niż z powodu obecności dziecia przez 24 godziny na dobę. Dziwne.
Niszczyciel w tym momencie spi sobie w chuście. Była dziś zaszczepiona i ma nastrój tuląco-lepiący. A waży już ponad 7 kg.